Rozmowa z Bartłomiejem Jankiewiczem, hafciarzem i nauczycielem hafciarstwa

Autor: Joanna Vejar Pérez

Bartłomiej Jankiewicz od wielu lat zajmuje się haftem. Prowadzi warsztaty w szkołach, muzeach oraz zajęcia w Polskim Towarzystwie Ludoznawczym (PTL). Ja poznałam go dzięki jego działalności w Muzeum Etnograficznym w Rzeszowie, z którym pan Bartłomiej jest związany. Opracował dla niego wiele wzorników. Pani pracująca w sklepiku muzealnym powiedziała, że te wzorniki były sprzedażowym „hitem”. Zdziwiłam się. A jednak o te prace dopytywało wiele osób nawet spoza Rzeszowa. Jednak czy tradycje lokalne wzbudzały zainteresowanie mieszkańców miasta?

Poprosiłam pana Bartka o rozmowę, a on zgodził się i zaproponował spotkanie w sali warsztatowej samego Muzeum Etnograficznego w Rzeszowie. Nie pamiętam już, jak brzmiało moje pierwsze pytanie, ale było chyba ono ogólne i tyczyło się zainteresowania haftem wśród uczniów.

Muzeum Etnograficzne im. Franciszka Kotuli w Rzeszowie, Rynek 6, 9.12.2024:  

– Zależy od typu szkoły.

– Czyli typ szkoły ma znaczenie?

– Tak. Najlepiej, jeśli jest to szkoła mniejsza i dzieci są przemieszane, jeśli chodzi o zarobki rodziców… Wtedy jest większe zainteresowanie, ponieważ w takiej prywatnej szkole, zblazowanej[1]

– To jest zerowe zainteresowanie?

– Znaczy nie. Zerowe, może nie, ale minimalne.

Z rozmowy wynikało, iż znacznie gorzej panu Bartłomiejowi pracowało się wśród osób znudzonych, zniesmaczonych, które wielu rzeczy miało już po prostu dość. Ja byłam organizatorką warsztatów w jednej ze szkół i temat haftu w pierwszej chwili w ogóle nie spotkał się z zainteresowaniem uczniów, a przyznam, że sama, będąc Rzeszowianką, w ogóle nie miałam o nim pojęcia. Nie miałam pojęcia o hafcie, ani nawet nie przypuszczałam, że istniał kiedykolwiek haft rzeszowski. Nic dziwnego, haft w ogóle mnie nie interesował. Jednak z drugiej strony, tej technicznej, był on i jest prosty. Igła i nitka nie są narzędziami skomplikowanymi, co więcej, były znane od lat i kiedyś powszechnie znajdowały się w domach. Drugą sprawą było to, że te narzędzia są tanie – tańsze niż jakakolwiek inna, chociażby cyfrowa technologia, nie mówiąc już o aspekcie ekologicznym czy zdrowotnym. Igłą można pracować wiele razy, jest mała i nie powodowała problemów z koncentracją, tak jak czyniły to wszechobecne w szkołach ekrany.

– Zależy, co chcesz osiągnąć, bo z małymi dziećmi nie pracowałem igłą (wiek przedszkolny). Jeśli chodzi o klasy I-III… W pracy z takimi dziećmi harf był źródłem wzoru, nie był on celem. Natomiast ze starszą młodzieżą, klasy IV-VIII, to tak.

Pan Bartłomiej w przeszłości pracował także jako terapeuta zajęciowy w Domu Pomocy Społecznej i wykorzystywał różne techniki. Haft był jednak zawsze jego największym, osobistym zainteresowaniem i powiedział mi, że gdyby mógł, to zajmowałby się tylko nim i istotnie przeszedł wiele momentów w życiu, w których mógł skupić się tylko na haftowaniu.

Doświadczenie jego było różne od mojego. On – mężczyzna – hafciarz. Ja – kobieta, niemająca pojęcia o ściegach i pracach ręcznych, niegdyś typowych dla kobiet.

– A gdzie pracowało się najgorzej, jeśli chodzi o warsztaty haftu?

– Najgorzej to jest w siódmej klasie, ósmej. To są dzieci, które przechodzą swój okres buntu i one nie… Tutaj ważny jest wpływ nauczyciela, nie mój, tylko nauczyciela. Miałem zajęcia takie grupowe dla szkół i ważne było, jacy nauczyciele byli ze szkoły jako wspomagający przy tych zajęciach grupowych.

– Jak nauczyciel potrafi zapanować nad grupą to jest lepiej?

– Jak ma wpływ na nich, że potrafi ich zmotywować do pracy, bo wiesz, moja osoba sama w sobie ich nie mobilizuje do tego, żeby spróbować.

– A w ostatnim czasie coraz więcej masz grup szkolnych, czy może coraz więcej jest grup seniorów? Czy są to grupy prywatne? Widziałam was tutaj ostatnio z dużą grupą starszych osób, zaobserwowałam, że podczas waszej pracy panowała świetna, bardzo serdeczna atmosfera.

– Znaczy powiem ci tak, seniorzy, tak. Ja po szkołach nie prowadzę warsztatów, prowadziłem je okazjonalnie, na zaproszenie, takie, jak wtedy twoje. Miałem taki pomysł, żeby prowadzić warsztaty w szkołach, ale odkąd wprowadzili „Kamilkowe” no to jest…

– Przepraszam, co wprowadzili?

– „Kamilkowe”.

– Co to jest?

– Jak wprowadzili ustawę o ochronie dzieci, no wiesz, po śmierci tego chłopca, Kamilka, to wprowadzili jeszcze taki wymóg, że ty musisz mieć zaświadczenie z sądu, że jesteś niekaralny, jeśli chodzi o przestępstwa wobec dzieci. I to jest tak, że z tym jest duży kłopot. Musisz za to zapłacić, musisz na to czekać, bo to nie jest tak, że sąd ci wyda to „od ręki”, musisz czekać trzy tygodnie, zapłacić 30 złotych i musisz się przede wszystkim wybrać za tym do sądu i to jest ważne w dniu wydania, czyli tak na prawdę ważne jeden dzień. Jeśli chodzi o nauczycieli, to szkoły przyjęły sobie zasadę, że musisz przynieść to do 1 września i to jest ważne cały rok, ale tak jak ja, osoba z zewnątrz, to ja bym musiał taki papierek przynosić każdorazowo. Prócz tego, wiesz, już niektóre szkoły nie przyjmują kopii. Musisz dać oryginał i wiesz, jak już dasz oryginał, to tracisz oryginał i wtedy jakbyś chciała iść do następnej szkoły następnego dnia, to już tracisz oryginał. Czyli musisz mieć tak… Jednego dnia złożyć papier o wydanie i musisz trzy tygodnie wcześniej złożyć papier do sądu, a kolejnego dnia….

– A co mi powiesz o poziomie zainteresowania tematem haftu, umiejętnościach uczniów i motywacją.

– Jak prowadziłem warsztaty, gdzie było koło hafciarskie to tam było lepiej z tymi pracami technicznymi i z tą motoryka u dzieci, ale ogólnie wszyscy zauważają, wszystkie osoby z którymi rozmawiam, zauważają znaczące pogorszenie.

– A różnica między szkołami? Na wsiach jest lepiej? Czy jest lepiej wśród dzieci, które chodziły wcześniej do przedszkoli?

– Trudno mi jest oceniać, bo nie mam informacji na temat dzieci, ja przychodzę na warsztaty, ja dostaję klasę pierwszą, drugą, trzecią i dla mnie to jest jedna grupa.

– Jedna grupa, dzieci… Gdzie ci się najgorzej pracowało?

– W najbardziej zblazowanej szkole.

– Była bardziej zblazowana szkoła, niż ta, do której ja cię zaprosiłam?

– A to była ta, gdzie chłopak powiedział, że woli iść na polski niż na zajęcia z haftowania?

– Pewno tak, ale wiesz wielu wybrało tam ciebie, a nie poszło na przykład na informatykę, a miała ją mieć w tym czasie klasa VI. Pan od informatyki siedział sam, podobnie jak pan od fizyki. Ktoś by powiedział, że informatyka powinna być hitem, a nie była.

Warsztaty zorganizowane były w szkole jednorazowo i uczniowie mogli wybrać je zamiast regularnych zajęć. W każdym momencie mogli wrócić do pracowni lekcyjnej. Zdawałam sobie sprawę z tego, że haft może nie interesować każdego, a dyrektorka szkoły podzielała moje zdanie. Mimo wszystko uczniowie zdecydowali się uczestniczyć w warsztatach. Mało tego, wyklarowała się nawet pewna grupa osób, które były tematem szczególnie zainteresowane, były one nawet gotowe zostać po lekcjach.

– Powiem ci tak. Są. I dobrze, że były takie osoby, bo to by było bez sensu. Jednak najbardziej tą różnicę widać w siódmej i ósmej klasie. Mi z takimi dziećmi pracować jest najtrudniej, bo co ja mam ich prosić, błagać, żeby zaczęły… I to jest niezależne od płci, bo dziewczyny teraz biorą bardzo duży przykład z chłopaków.

– Ostatnio byłam na konferencji Roberta Tekieli, który mówił o tym, że najgorzej był traktowany przez uczennice tak zwanych postępowych szkół w Poznaniu i Wrocławiu. Ty masz inne spostrzeżenia, mówisz o agresywnych uczniach, chłopcach, nie o uczennicach. No i na wsiach.

– Jak ja byłem w szkole podstawowej, to chłopacy byli osobna grupą, dziewczyny były osobną grupą i jeśli coś robiły dziewczyny, chłopaki mogli powiedzieć nie. Zdanie chłopaków nie wpływało na zdanie dziewczyn, a zdanie dziewczyn nie wpływało na zdanie chłopaków, natomiast teraz, oni zachowują się bardziej jednolicie jako grupa, natomiast dziewczyny przejmują te zachowania od chłopaków też…

– A chłopcy robią się bardziej „zniewieścieli”, zdarza się?

– Nie. Powiem ci, nie.

To „nie” było bardzo jednoznacznie. Ja jednak miałam wątpliwości.

– Nie?!

– Okres między czternastym a siedemnastym rokiem życia, ten okres buntu, niestety, to jest też okres fascynacji „Konfederacją”[2]. I tymi wszystkimi teoriami, które oni promują. Powiedzmy sobie szczerze, wiesz, my jesteśmy starsi i widzimy większy obraz, widzimy jak bardzo bezmyślne są postulaty tego środowiska. Natomiast one bardzo dobrze trafiają w ten okres. Później, po pierwszej klasie szkoły średniej, następuje kolejny cykl i wielu z nich przestaje się fascynować „Konfederacją”, a wiesz w „Konfederacji” jest mocny nacisk na ten… Wiesz, oni nie mówią, że są homofobami, to oczywiste, że są… Moim osobistym zdaniem, bycie wyborcem „Konfederacji” powinno klasyfikować cię jako osobna „jednostka chorobowa” i nawet mam parametry do niego, to jest: brak empatii, brak myślenia matematycznego, zaburzenia akceptacji orientacji seksualnej i brak figury ojca w życiu, mimo, iż może ten ojciec być fizycznie, ale…

W tym momencie to ja zaczęłam nieco polemizować, mimo iż rozmówca temat poruszał w sposób humorystyczny. Brak figury ojca w życiu był częsty nie tylko w przypadku chłopaków, ale także dziewczyn. Przyczyniło się do tego wiele zmian społecznych. Mało tego, skoro ludzie wychowywali się bez ojców, zastanawiałam się, czy może przypadkiem mojemu rozmówcy nie chodziło o Boga Ojca i rezygnację z Jego opieki? Nawiązałam więc do poszukiwań Ojca w Kościołach i powiedziałam coś z rodzaju tego, że wiele osób w związku z kryzysem tożsamości znalazło wsparcie podczas nabożeństw.

– Może i Kościół ma rzeczy do zaoferowania, ale kadry ma tak słabe, wiesz…

– No tak, ale księża też są po prostu ludźmi, może nawet nie poznali Boga…

Następne pytanie:

– Dalej prowadzisz warsztaty w Muzeum Etnograficznym? Mówisz o Polskim Towarzystwie Ludoznawczym. Powiedz mi coś, bo minęło dużo czasu, odkąd ostatnio z tobą rozmawiałam.

– Znaczy tak, ja prowadzę zajęcia.

– Jesteś stypendystą Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego?

– Byłem stypendystą. Teraz prowadzę zajęcia, bo stworzyła się grupa, spotykamy się i wiesz… Mam też osoby z liceum, dziewczyny. Znaczy jedna już liceum skończyła, druga wciąż w nim jest, ale mam osoby w różnym wieku. Najstarszą panią mam w wieku 82 lat. Poza tym z każdego przedziału wiekowego praktycznie mam osoby. Nie jest ich dużo, ale są zainteresowane…

Na chwilę nastąpiła przerwa po czym pan Bartłomiej kontynuował:

– Natomiast wiesz, to jest tak, jak przychodzi ten okres buntu: siódma, ósma klasa szkoły podstawowej i pierwsza klasa liceum… Następuje takie zerwanie z tradycją i człowiek chce się odróżnić od rodziców, ale też od dziadków i następuje takie, wiesz, zerwanie z tradycją w sensie, nie interesuję się ani rękodziełem, ani historią, etnografią niczym takim, są koledzy, są grupy zainteresowań w obrębie tego, co jest aktualnie w grupach, czy to jest kultura popularna, czy jeszcze coś innego i tak jak w przypadku beta-orbiterów[3] z „Konfederacji” bycie alfą, chociaż… Wiesz o co chodzi?

– Tak.

Słyszałam o Marszach Niepodległości, protestach, strajkach, jednak dopiero zaczynałam sobie uświadamiać, iż praktycznie nie dostrzegałam w swoim środowisku takich mężczyzn, o jakich mówił mój rozmówca i przyznam szczerze, że nawet nie wiedziałam o jakich dokładnie mężczyznach on opowiadał. Nie dostrzegałam ani mężczyzn „silnych”, ani zniewieściałych. Gdy sprawdziłam znaczenie słowa beta-orbiter, uświadomiłam sobie, że nie miałam pojęcia o ich istnieniu, a mężczyźni tego pokroju wydali mi się być nawet dość niebezpieczni, gdyż uznano ich za posiadających ukryte cele…

– Bo wiesz, większość „Konfederatów”, cała większość, to są osoby nieuświadomione, niepogodzone ze swoją orientacją geja lub biseksualisty, albo są to beta-orbiterzy, którzy nie są w stanie wyjść z tej swojej beta-orbitowości i być wartościowym partnerem dla kobiet, że to kobiety będą jego doceniały, a nie że on wiesz… Spychać się na tą dalszą pozycję. Zostawmy ich. Chodzi o to, że od siódmej klasy następuje zerwanie więzi rodzinnych i też zerwanie z tymi tradycjami. Jeśli ktoś haftuje w domu, babcia, to jest zainteresowanie tym i to zainteresowanie wraca dopiero po trzydziestce, najczęściej wtedy już nie ma od kogo się człowiek uczyć, bo babcia i dziadek już nie żyją, albo są w takim wieku, że nie są w stanie tego fizycznie już przekazać.

Nastąpiła krótka przerwa w wywiadzie, do pokoju weszła kierowniczka Muzeum Etnograficznego, okazało się, że tego samego dnia w Muzeum było spotkania koła Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego i miał się odbyć wybór jego władz na kolejne cztery lata. Ja w tym miejscu dziękuję tej pani za pozwolenie na odbycie rozmowy w Muzeum. Był to poniedziałek, dzień zamknięty dla zwiedzających. Praca w Muzeum trwała jednak nie tylko w standardowych porach. W dzień wolny obecna była także pani ze sklepiku w poczekalni, choć klientów wtedy nie mogła mieć. Wykonywała ona inne obowiązki.

– Czyli tak… Następuje zerwanie z tradycją, następnie zainteresowanie haftem i rzemiosłem wraca w późniejszych latach?

– Tak. Dokładnie tak. Wracają.

– Pamiętasz warsztaty organizowane u mnie w szkole oraz te, które nastąpiły później w Rzeszowskim Inkubatorze Kultury? Osoba, która była odpowiedzialna za nabór uczestników warsztatów dla dorosłych powiedziała mi, że zaraz jak tylko pojawiła się informacja, że takie warsztaty się odbędą i chyba ty też wtedy udostępniałeś te posty, w każdym razie oni mi powiedzieli, że zaraz tamtą rekrutację zamknęli, bo od razu był komplet i nawet lista rezerwowa się utworzyła, a uczestniczki warsztatów podczas ich trwania pytały o kontynuację.

– Tam na tych zajęciach były też panie z tego zespołu z Politechniki.

– Ja widzę, że aby w ogóle wiedzieć, że czymś takim można się zainteresować, to najpierw trzeba to odkryć, mieć z tym kontakt, a z tym nie jest teraz łatwo.

– Zależy w jakie środowisko trafisz, bo jeśli trafisz w środowisko osób zainteresowanych kulturą ludową to też łatwiej ci będzie znaleźć takie warsztaty, ale generalnie…

– A powiedz mi PTL rośnie?

– U nas? PTL wykrusza się. W większości są to osoby, które przeszły na emeryturę, były i są związane ze środowiskiem etnografów, etnologów, antropologów tylko w tym momencie nie mają na to czasu, to jest jakby uzupełnienie ich aktywności senioralnej. Natomiast dla młodych… To jest tak, u nas wykruszają się młodzi, bo oni mają różne zajęcia i są z różnych stron. Dużo osób nie płaciło składek i zostało skreślonych z listy.

– A jak z odbiorem twojej osoby?

– Wprost nikt ci nic nie powie. Jedyne osoby, które się do mnie odzywały, to byli obcokrajowcy… Kiedyś jechałem w pociągu i siedziałem z innymi Polakami, było dużo osób, ale wiesz, haftowałem, rozmawiałem z panem, który siedział naprzeciwko, ludzie przechodzili i patrzyli na mniej jak na ufoludka… Na przykład jacyś trzej Włosi, mający po dwadzieścia lat, to był dla nich kosmos. Tak samo komentowały takie trzy Ukrainki, siedziały w przedziale i komentowały. Znaczy wiesz, są i pozytywne i negatywne reakcje. Był pan z Ukrainy, który był zdziwiony, ale pozytywnie … Jest różnie, ale Polacy… Swoje pomyśli, ale nie powie wprost, taka jest różnica kulturowa.

Następnie rozmówca przeszedł jeszcze do tematu szkół:

– Dzieci były zainteresowane, podobały im się warsztaty, bo miałem też prezentacje. Dzieci mogły stroi dotykać. Przez to, że dzieci miały rzeczy do obejrzenia, mogły ich dotknąć, były bardziej zainteresowany tematem.

– A jak się działo podczas innych warsztatów?

– W ramach stypendium prowadziłem także warsztaty, ale tam zapisywały się osoby powyżej 16 roku życia i najgorsza frekwencja była w Rzeszowie.

– Jeżeli strój rzeszowski to najgorsza frekwencja w Rzeszowie?

– Przepraszam, w Rzeszowie i Ropczycach.

– Czyli u ciebie?

– Znaczy wiesz, zależy od ośrodka. Trudno pomierzyć. W Rzeszowie i Ropczycach miałem trzy osoby, ale dwie z nich to były osoby z mojego koła. W Rzeszowie na hafcie białym nie było nikogo, a potem były panie z przypadku, bo one przyjechały zwiedzać wystawę. One były z zespołu Mazowsze i zostały na warsztaty haftu czerwono-niebieskiego, ale zależy to też od oferty.

– Na jakich warsztatach było największe zainteresowanie?

– Był to haft cekinowy i haft koralikowy. Tam był komplet. W Rzeszowie było dużo osób, chyba ponad 15, więc to jest duża frekwencja.

– Gdzie na warsztaty zgłosiło się najwięcej osób?

– Największą frekwencję miałem w Przeworsku i w Łańcucie.

– A tam była różnica w marketingu?

– Nie. Myślę, że tam nie było takiej oferty wcześniej no i też, powiedzmy sobie szczerze, zamek w Łańcucie ma większy odbiór w regionie, bo jest znany i w regionie, i poza regionem. Tam na zajęcia przyjechały także panie z Leżajska. Odbiór był… Okres był dobry, to były wakacje i w Łańcucie i Przeworsku były dzieci bardzo zainteresowane. Masz jeszcze jakieś pytania?

Wnioski:

  1. Miejsca rozpoznawalne na mapie kulturalnej automatycznie przyciągają więcej osób zainteresowanych ofertami dla zwiedzających. Przykład stanowi pałac w Łańcucie, gdzie na warsztaty przybyły osoby z większego obszaru.
  2. Haft rzeszowski najmniejszym zainteresowaniem cieszył się w Rzeszowie.
  3. Programy szkolne dostosowane są do zainteresowań uczniów, które są różnorodne, jednak nie są związane z kulturą lokalną. W rezultacie w programach brakuje nawiązania do autentycznych tradycji.

Gdyby jednak wziąć statystykę ze zwiedzania muzeów na poważnie i na jej podstawie prowadzić późniejsze działania, wprowadzać rozwiązania zgodne ze statystykami, to kultura rzeszowska po prostu by upadła. Zostałaby zastąpiona obcymi działaniami. W Rzeszowie, zamiast tradycyjnych haftów czerwono – niebieskiego oraz białego, popularniejsze okazały się hafty koralikowe i cekinowe.

Wykres opracowany przez autorkę na podstawie danych podanych przez Bartłomieja Jankiewicza, przy czym pan Bartłomiej zaznaczył, że podczas warsztatów haftu koralikowego było więcej niż 15 osób.

Gdyby na podstawie statystyk otwierano lub zamykano muzea, to te rzeszowskie zostałyby już chyba dawno zamknięte, o czym świadczą inne statystyki, które przytaczam w dalszej części artykułu oraz także w innym wydawnictwie.

Zadłużenie społeczne

W szkołach nie ma możliwości, aby osoba z zewnątrz prowadziła warsztaty. Związane jest to z bezpieczeństwem uczniów. Ustawa była odpowiedzią na tragiczną śmierć 8 – letniego Kamilka z Częstochowy. Wprowadzono obowiązek tworzenia i wdrażania standardów ochrony małoletnich we wszystkich instytucjach pracujących z dziećmi. Jako że w szkołach trudno jest spotkać się z zajęciami nawiązującymi do lokalnych tradycji, a programy szkolne obfitują w treści, które są konsekwencją zmian w społeczeństwie, można założyć, że zmiany w nich były odpowiedzią na młodzieńczy bunt, o którym wspominał rozmówca. Dzieci w wieku klasy VII, VIII i I liceum odcinają się od tradycji, jednak zastąpienie znanych form sztuki na rzecz na przykład nauki programowania wydaje się być dość absurdalne, zważywszy na to, że jak wspomniał rozmówca, jeśli człowiek nie ma do czynienia z haftem w wieku szkolnym, to potem już w ogóle nie zainteresuje się tym tematem. Może potrzeba zainteresowania haftem nie brzmi przekonywująco, ale jeśli na przykład uczeń jako dziecko nie pójdzie do teatru lub muzeum, może tam nie pójść wcale jako osoba dorosła. Jeśli natomiast ktoś zainteresuje się lokalnym rzemiosłem, to przy okazji dowie się czegoś więcej na temat własnego regionu i siebie samego.

Gdy pokazałam mapę z podziałem Polski na grupy mieszkańców i była to mapa prezentująca Lasowiaków, Rzeszowiaków oraz Pogórzan, jedna osoba dorosła od razu zapytała, dlaczego nie mówiono im nic na ten temat w szkole? Dodała, że uczyła się o dużej ilości nieprzydatnych rzeczy, jednak nie miała pojęcia o swoim własnym pochodzeniu. Osoba ta była związana ze Staromieściem[4], a jej korzenie sięgały bardzo daleko w przeszłość tej dzielnicy miasta. Wiemy o góralach, ale nie wiedzieliśmy, że jesteśmy Rzeszowiakami, bo nasi rodzice nie mieli czasu, by nam to przekazać.  Podobnie nasi dziadkowie – oni także nie przekazywali nam tych treści. Inaczej sprawa wyglądała we wsiach, jednak miasta pod tym względem były całkowicie odcięte od tradycji, chociaż ich mieszkańcy, jak wskazują dane genealogiczne, wcale nie przybyli do nich z odległych obszarów. Tu jest ukryty koszt społeczny. Strata, którą system edukacji zaciągnął u Polaków traktując ich jednakowo i wprowadzając sztuczne standardy.

Jest jeszcze inny rodzaj straty społecznej. Jest to koszt ukryty, który pojawia się w wielu sektorach. Są to osoby, które nie mogę prowadzić życia rodzinnego ze względu na pracę. Resztę swojego czasu dostosowują pod wymagania dzieci i szkół. Zdanie szkoły jest często ważniejsze niż zdanie rodzica, ponadto, jeśli dziecku brakuje czegoś w szkole, rodzic łatwo otrzymuje łatkę „patologicznego”. Inne koszty mają osoby, które pojechały za chlebem, a wróciły do pustych domów. Mamy koszty pracy nauczycieli, którzy zostawili własne rodziny i je zaniedbali. Święty Jan Paweł II pisał na temat pamięci. Pamięć, pamiątka, pamiętać… Nie pamiętali o rodzinach, chlebie i domach, zapomnieli o swoim pochodzeniu. Zapomnieli o tym, kim są. Czy to w ogóle jest możliwe?

Dziś już wiadomo, że mimo tego, iż programy nauczania zostały zmodernizowane i dostosowane do zainteresowań uczniów, jakość nauczania i odbiór szkoły przez uczniów oraz rodziców nie uległ poprawie. Dowodem na to jest chociażby publikacja Lesława Dzika – ucznia. W książce, która powstała we współpracy z wydawnictwem „Znak”, autor radzi młodszym kolegom jak „przetrwać” w szkole. Szkoła jest już więc traktowana jako poligon lub więzienie, z którego wyjścia są ograniczane do tych, które wskazują sami uczniowie, co jest swoistą pułapką. Ogrom odpowiedzialności za szkołę leży na uczniach, nie na nauczycielach. Nie jest to sprawiedliwe ani w ogóle moralne.

Rozmowa z uczniem klasy V pochodzącym z Rzeszowa, wakacje 2025, Muzeum Okręgowe w Rzeszowie:

– Ile razy byliście z klasą w muzeum?

– W tym tutaj, ani razu.

– A w ogóle w jakimś muzeum byliście na wycieczce szkolnej?

Uczeń się zastanawiał, po czym jego mama powiedziała, że w II klasie szkoły podstawowej dzieci odwiedziły Muzeum Kultury Ludowej w Kolbuszowej (pod Rzeszowem). Uczniowie tej klasy w ogóle nie byli z żadnym z rzeszowskich muzeów, a jest ich w mieście kilka. Są to trzy oddziały Muzeum Okręgowego, Piwnice Rzeszowskie, Muzeum Dobranocek, Biuro Wystaw Artystycznych, Galeria Fotografii Miasta Rzeszowa, kilka zabytkowych kościołów w tym jeden powstały na miejscu objawień Maryjnych. W żadnym z tych miejsc uczniowie nie byli z grupą szkolną. Najpopularniejszym wyjściem szkolnym było wyjście do kina. Czy był to film związany z polską tradycją lub kulturą? Nie, uczniowie przeważnie chodzą na filmy produkcji amerykańskiej…

W szkołach częste organizowane są także zawody sportowe. Taka kariera jednak nie trwa zbyt długo, chociaż zapewnia finansową stabilizację przez pewien czas. Jednak szkoła nie powstała po to, by dzieci uczyły się grać w niej w piłkę ręczną, co w Rzeszowie w ostatnich latach wydaje się być priorytetowe. Szkoła miała przede wszystkim niwelować różnice w wykształceniu, przekazywać wiedzę o języku, kulturze i tradycjach i w tym sensie jest ona logiczna na poziomie narodowym. Jednym ze źródeł tej wiedzy była kiedyś Ewangelia oraz Dzieje Apostolskie. Te części Biblii wymienione były literalnie w pierwszej podstawie programowej, na ich podstawie uczono na temat moralności. Rozważano przykłady z Pisma Świętego przez lata edukacji początkowej, która teraz po prostu powiela programy przedszkolne. Jeżeli współczesna szkoła ma stawiać na naukę języków obcych, sport oraz informatykę, to cały ogrom pracy związany z wychowaniem w przyszłości spocznie na rodzicach, którzy przecież dlatego, by sobie samym pomóc, wysłali dzieci do szkół. Kultura w Rzeszowie, chociaż jest krzewiona, podtrzymywana i eksponowana na różne sposoby (głównie w lokalnych muzeach) bez wsparcia lokalnych władz zniknie, co już jest widoczne w statystykach ze zwiedzania.

Obecnie szeroka kultura zastępowana jest symbolami i skrótami. W ostatnim czasie na rzeszowskim Rynku odbyło się otwarcie wystawy plenerowej poświęconej pomnikowi Czynu Rewolucyjnego. Obecny był Prezydent Miasta. Ekspozycję przygotowała pracowniczka Muzeum Okręgowego, pani Beata Kuman. Na otwarciu był obecny syn autora pomnika, który przybył na wydarzenie z Krakowa. Zabrakło władz Muzeum Okręgowego oraz przedstawicieli strefy kultury. Nie było także niezależnych dziennikarzy ani wiceprezydentów miasta. Syn cieszył się, że ten pomnik jako jeden z nielicznych dzieł sztuki monumentalnej jego ojca nie został zburzony (ze względu na związek z komunizmem w wielu państwach i miastach takie pomniki rozbierano). Rzeźba to pryszcz w porównaniu z całą sferą kultury Rzeszowa, dlatego wiele osób nie zgadza się na to, by była ona symbolem miasta, chociaż w mass mediach Rzeszów kojarzony jest właśnie z nią. Co jakiś czas dyskusja wokół pomnika przysłania także inne tematy i jest sterowana politycznie. W niepamięć obrócone są na przykład zbiory Franciszka Kotuli, z których tworzone są wystawy czasowe w Muzeum Etnograficznym.

Fragment planszy ekspozycyjnej autorstwa Beaty Kuman, Muzeum Okręgowe w Rzeszowie, wystawa plenerowa.

Frekwencja na otwarciu wystawy plenerowej dotyczącej pomników Mariana Koniecznego, 10.10.2025. Zdjęcie autorki.

„Pocztówka z Rzeszowa”. Symbole miasta: pomnik, żaba oraz samolot. Rzeszów, Rynek, zdjęcie autorki.

Widok pomnika Czynu Rewolucyjnego z ulicy, zdjęcie autorki wykonane z autobusu miejskiego. Październik 2025.

Fikcja statystyki

Ilość osób na otwarciu wystawy nie przekraczała piętnastu. Mało mieszkańców decyduje się także na zwiedzanie rzeszowskich muzeów. Frekwencja nie świadczy jednak wcale o jakości ekspozycji lub jej dostępności. Dla porównania przytoczę statystyki ze zwiedzania Parku Etnograficznego Muzeum Kultury Ludowej w Kolbuszowej (miejsca, do którego uczeń udał się w roku 2023 na wycieczkę szkolną). W przeciągu dwóch dni odbył się tam festiwal filmowy, na którym frekwencja była znacznie wyższa niż w Muzeum Etnograficznym w Rzeszowie w ciągu całego roku! Tam także znajduje się bardzo duża strata społeczna, gdyż pracownicy Muzeum przygotowali ofertę edukacyjną, z której nikt nie korzysta. W podobnej sytuacji są pracownicy Muzeum w Kolbuszowej (Park Etnograficzny), które pozostaje od pewnego czasu praktycznie przez cały czas zamknięte.   

Ze statystyk, które zostały mi udostępnione, wyniknęło, że najwyższa frekwencja w Muzeum Etnograficznym w Rzeszowie była w roku 2017, natomiast najgorsza w roku 2020 (pandemia covid-19). W roku 2023 ilość zwiedzających wyniosła 3223 osób w ciągu roku. Ilość zwiedzających Muzeum Kultury Ludowej w Kolbuszowej podczas dwudniowego festiwalu wyniosła 8086 osób. Festiwal miał miejsce od 9 do 10 sierpnia roku 2025 (Podkarpacki Szlak Filmowy w Kolbuszowej) i był związany z filmem, który tam jest kręcony.

Porównanie frekwencji w wybranych latach w Muzeum Etnograficznym w Rzeszowie z frekwencją podczas festiwalu w Kolbuszowej w dniach 9-10 sierpnia 2025 roku. Statystyka przygotowana przez Krzysztofa Szelę, wicedyrektora Muzeum Okręgowego w Rzeszowie oraz przez pracowników Muzeum Kultury Ludowej w Kolbuszowej.

Muzeum Etnograficzne w Rzeszowie pozostaje otwarte cały rok i posiada różnorodne wystawy, podczas gdy Muzeum Kultury Ludowej w Kolbuszowej z powodu kręcenia filmu (w zasadzie serialu) w dużej części nie jest w ogóle dostępne dla zwiedzających, nie mówiąc już o tym, że Park Etnograficzny w Kolbuszowej jest trudnodostępny, odległy od lokalnego dworca o około godzinę drogi pieszo. Tu także istnieje zadłużenie społeczne w postaci pracy osób, które tworzyły Muzeum w Kolbuszowej jako miejsce do zwiedzania dla wszystkich. Na obszarze skansenu znajdują się chatki przeniesione z wielu miejscowości, kościół oraz dawna szkoła z wyposażaniem. Przez cały Park można przejść unikatowymi ścieżkami przyrodniczymi. Korzystają z nich jedynie filmowcy i są oni bardzo z tego zadowoleni. Jeżdżą tam konno i pływają łodzią. Co jednak z naszymi dziećmi?

Nawiązując do rozmowy z panem Bartłomiejem pragnę także zauważyć, że gdyby nie osoby takie jak on, kultura w Rzeszowie w jej lokalnym wydaniu praktycznie by przestała istnieć. Warto także zauważyć, że haftem rzeszowskim zajmował się artysta z Ropczyc (nie Rzeszowianin). Gdyby ktoś brał na poważnie statystyki i na ich podstawie formułował prawo, co praktycznie się już dzieje, to stanęłoby ono w sprzeczności z dobrem ogółu społeczeństwa, a z zasobów kultury mogliby korzystać tylko nieliczni. Jakkolwiek kręcenie filmów na terenie skansenu wydaje się być dobrym przedsięwzięciem, tak w rezultacie tej inicjatywy zasoby kultury stały się ograniczone dla przeciętnego zwiedzającego, a dostępne tylko dla elity – dla ekipy filmowej oraz dla bardzo wąskiej grupy osób, która w przeszłości zetknęła się z haftem lub twórczością. Wniosek ten wydaje się być słuszny także w z tego względu, że z moich obserwacji festiwalu filmowego wyniknęło, iż wielu zwiedzających przybyło na niego, by skorzystać z możliwości wejścia do Parku Etnograficznego i pokazania go swoim dzieciom w dniach, w których zorganizowany był po prostu bezpłatny dojazd autokarem oraz Park ten był otwarty w całości. W moim odczuciu ilość zwiedzających skansen była wyższa niż ilość osób słuchających wywiadów z twórcami na scenie, która umiejscowiona była zaraz przy wejściu do Parku Etnograficznego. Jeśli na podstawie statystyk będą przyznawane dofinansowania, to Park w Kolbuszowej będzie miał na nie większe szanse, chociaż będzie zamknięty dla zwiedzających. Nie mówię już o tym, że prawo polskie stoi w sprzeczności z działalnością pojedynczych osób, które mogłoby prowadzić zajęcia w szkołach.

Poniżej przedstawiam relację z Parku Etnograficznego w Kolbuszowej oraz kilka zdjęć z warsztatów haftu pana Bartłomieja Jankiewicza, które odbyły się w Rzeszowskim Inkubatorze Kultury.

Goście festiwalu „Podkarpacki Szlak Filmowy” w skansenie w Kolbuszowej, 9.08.2025, zdjęcie autorki.

Indywidualne zwiedzanie dworów w Muzeum Kultury Ludowej w Kolbuszowej, 9.08.2025, zdjęcie autorki.

Zwiedzający podczas przejażdżki łodzią flisacką, atrakcja zwykle niedostępna.

Goście oczekujący na przejażdżkę łodzią, zdjęcie autorki, 9.08.2025.

Scena festiwalu Podkarpacki Szlak Filmowy w Kolbuszowej, wejście do skansenu, 9.08.2025, zdjęcie autorki.

Warsztaty haftu czerwono-niebieskiego w Rzeszowskim Inkubatorze Kultury, w tle wystawa uczniów Szkoły Podstawowej „Promar” z Oddziałami Dwujęzycznymi w Rzeszowie zrealizowana w ramach programu grantowego „DziałajMY”. Maj, 2022. Zdjęcie wykonał Grzegorz Stec na prośbę autorki artykułu.

W trakcie warsztatów, Rzeszowski Inkubator Kultury, fot. G. Stec, na prośbę autorki.

Warsztaty haftu, maj 2022, fot. G. Stec na prośbę autorki.

Na zakończenie pragnę powrócić jeszcze do sytuacji osób przyjezdnych do stolicy innowacji.

Także osoba, która zdecydowała się zamieszkać w Rzeszowie w wielu przypadkach ma dużo większą stratę. Pozbawiona została nie tylko własnego domu, rodziny, przyjaźni, ale także możliwości wzrostu we własnej kulturze i spotkała się z próżnią pracy w „Nestlé” lub innej zagranicznej firmie (Bosch, Pratt&Wittney itd.). Zasobami tej osoby, jej energią i wykształceniem żywią się obce narody, które z Rzeszowa zrobiły po prostu wielką fabrykę.

Idąc dalej tym tropem

Straty należy wyrównać także w perspektywie ludzkiej, oznacza to, że osoby powinny móc powrócić do własnych krajów, by zapanował pokój (jeśli będą tego chciały i jeśli ich sytuacja będzie na to pozwalać). Wiele osób nie będzie miało już tej możliwości. Największe straty w tym aspekcie ponieśli imigranci, osoby przyjezdne, które w obcych kulturach musiały zaczynać od początku, tracąc zasoby własne. Straty poniosły narody, których kulturę sprowadzono do wizyty w Koloseum i „espresso” lub do rogalika (pozostała francuska nazwa „croissant”), który teraz dostępny jest na całym świecie i nie jest tworzony ze świeżego ciasta tylko z mrożonego. Nie mówiąc o tym, że niektóre dzieła sztuki, które zostały zrabowane Polsce, nadal znajdują się w czołowych muzeach europejskich. Mieszkańcy tych państw często nie kryją niechęci do Polaków, ale nie wiedzą o tym, że polskie dzieła sztuki były tam przed imigrantami. Na temat strat i zadłużenia mówił papież Franciszek.

W tym momencie należy podziękować politykom i działaczom za starania, które już się rozpoczęły, by sprowadzić kulturę Polską na jej terytorium. Gratulacje dla pracowników Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego za odzyskiwanie dóbr. Należy jednak pamiętać także o stracie, jaką poniosły te pojedyncze osoby. Są to tysiące dzieci pracowników kultury na całym świecie. Zdarzały się całe kraje, które po stracie dóbr utraciły swoje granice, terytoria. Tyczy się to nie tylko Polski, ale także licznych kultur starożytnych. Nie można żadnej z nich wykluczyć. Za dziełami powinny podążyć osoby, emigranci, którzy ubogacają zagraniczne rynki pracy lub stanowią rzesze bezrobotnych (na przykład obywatele Bliskiego Wschodu we Francji). Nie można bowiem zapomnieć o krzywdach wyrządzonych przez kolonizację. Także pan Bartłomiej ucząc mieszkańców miasta Rzeszowa haftu poniósł więcej straty niż zysku, gdyż warsztaty prowadził często za darmo i inwestował w nie własne środki.

Dodam, że wystawa plenerowa dotycząca Pomnika Czynu Rewolucyjnego po kilku dniach została zdewastowana. Ten sam los spotkał między innymi plansze informacyjne w Parku papieskim obok Katedry w Rzeszowie. Postawa sprawców pokazuje niejako ich stosunek do władzy, centralizacji życia Rzeszowa oraz przedmiotowego traktowania przez nią mieszkańców miasta jak i samego papieża. Plansze bowiem były poświęcone świętemu Janowi Pawłowi II.

Pamięci jednak nie da się wymazać. Pod patronatem naszego wielkiego rodaka co jakiś czas organizowane są zresztą mniej lub bardziej popularne marsze i wydarzenia. Także Kongres Kultury w Rzeszowie nawiązuje do jego działa dotyczącego pamięci i tożsamości. O dziwo, w czasach dyskusji nad aborcją, aktualne wydają się być także sylwetki świętej Parpetui i świętej Felicyty. Obie kobiety zostały zamordowane na arenie bardzo dawno temu, jednak ich ofiara wydaje się być bardzo aktualna w świetle plagi przestępstw wobec życia nienarodzonego i eutanazji w tak zwanej cywilizowanej Europie. Szpitale, które powstały by ratować, stały się ośrodkami śmierci. Ostatnio w Niemczech został skazany na karę więzienia pielęgniarz za 10 zabójstw na swoim oddziale oraz plany dalszych procederów. Aparaty państwowe, które miały pomagać najsłabszym, działają sprzecznie z prawem moralnym. Pamięci o ludziach i w ogóle pamięci nie da się jednak usunąć. Nie da się także wymazać wspomnień o dzieciach, ojcach czy ojczyźnie. Z drugiej strony nawet jeśli wymażemy pamięć o naszych ojcach, nie będzie to oznaczać, że oni znikną. Ojciec nieobecny fizycznie lub duchowo (o takim wspominał Bartłomiej Jankiewicz) i tak jest i był potrzebny do naszego zaistnienia. Jeśli ojciec ziemski, mimo niechęci wielu, istnieje, to jak bardzo istnieć musi Bóg Ojciec! W tym kontekście nawet niszczenie kultury lub kradzież dzieł nie mają sensu, gdyż spotkają się z karą. Na tym kończę rozważania na temat krzewienia kultury w Rzeszowie.

Zniszczona tablica w Parku papieskim w Rzeszowie, zdjęcie autorki, czerwiec 2025.

Park papieski w Rzeszowie, w tle Katedra, zdjęcie autorki, czerwiec 2025.

Joanna Vejar Pérez, numer ORCID: 0009-0001-3592-5973


[1] Słownik PWN: znudzony nadmiarem wrażeń i przeżyć; też: świadczący o takim stanie (określenie pejoratywne).

[2] Chodzi o partię polityczną Konfederacja Wolność i Niepodległość zarejestrowaną w 2019 roku, uważaną za partię skrajnie prawicową.

[3] Takie słowo nie znajduje się w słowniku. W potocznym języku chodzi o mężczyzn, którzy pozostają na „drugim planie”, są romantyczni i żywią uczucia do kobiety licząc na to, że to ona przejmie inicjatywę. Mogą jednak liczyć także na coś w zamian i mogą być także niedojrzali, bardzo egoistyczni.

[4] Kiedyś osobna wioska, dziś część Rzeszowa z kryptą założycieli wbudowaną w mury kościoła pod wezwaniem św. Józefa. W X wieku chrztu w tamtym miejscu udzielał św. Wojciech. Staromieście już wtedy istniało.

Leave a comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *